Wróć

01 lipca 2020
Domyślna treść artykułu. W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.
30 czerwca 2020
Domyślna treść artykułu. W każdym nowo utworzonym artykule pokaże się wpisany tutaj tekst. Wpisz więc tutaj domyślną treść nowego artykułu lub instrukcję dodawania nowego artykułu dla swojego klienta.

Ani wjeżdżając ani wyjeżdżając z Durrës nie widzieliśmy niczego z rzeczy, które Andrzej Stasiuk opisał w książce Jadąc do Babadag.
Cyt. „ Na przedmieściach Fier po obu stronach drogi ciągnęły się wrakowiska złożone głównie z mercedesów i audi w różnych stadiach rozkładu. (…) W pobliżu Durrës setki zmieniły się w tysiące (…) Wśród bezkresnej trupiarni uwijali się usmoleni mężczyźni ze szlifierkami kątowymi i odcinali płaty w miarę jeszcze zdrowego metalu. (…) To wyglądało jak martwa, mechaniczna rzeźnia. Inni już czekali, żeby wziąć potrzebne kawałki. Reszta walała się wokół i wrastała w grunt: pęknięte piszczele korbowodów, zjechane tłoki, ślepe reflektory, zgniecione chłodnice, przeżarte błotniki, dziurawe baki, wypatroszone filtry olejowe, rozwleczone skrzynie biegów z wysypanymi wnętrznościami przekładni, gangrena przewodów hamulcowych, rak podłogowych płyt, syfilis uszczelek i bielmo spękanych szyb. Tak, przedmieścia Durrës to był wielki szpital polowy niemieckiej motoryzacji(…)".

 

Zobaczyliśmy natomiast sporych rozmiarów miasto (częściowo w budowie) o dosyć szerokich arteriach, pełne bloków. Najbardziej zaskoczył nas specyficzny ruch na ulicach sprawiający wrażenie chaosu. Przed maską naszego wolno toczącego się auta przesuwały się samochody, rowery, piesi, znowu samochody i jeszcze więcej pieszych. Z bocznej uliczki, wymuszając pierwszeństwo, do ruchu włączał się policyjny „radiowóz”. Byliśmy lekko skołowani i nieco zmęczeni, ponieważ sytuacja na drodze wymagała nieustannej uwagi i rozglądania się we wszystkich możliwych kierunkach.

 


Dojechaliśmy do jakiegoś sporego placu w centrum miasta. Zaparkowaliśmy samochód i udaliśmy się na krótki spacer i poszukiwanie kawiarni,
w której chłopaki będą mogli wciąć coś słodkiego. Po 15 minutach i niezliczonej liczbie kawiarenek, w których była jedynie kawa, alkohol, papierosy i przedstawiciele płci męskiej, natrafiliśmy, wreszcie, na ukrytą w bocznej ulicy, cukiernię.

Nie jesteśmy w stanie opisać Wam, jak wielkie było szczęście naszych chłopaków, kiedy zobaczyli dłuuugaśną ladę (witrynę chłodniczą) wypełnioną najróżniejszymi, małymi ciasteczkami. Gdyby mogli - zjedliby wszystko ;-)
Ciasteczka rzeczywiście wyglądały zachęcająco i na dodatek dziwnie znajomo - bardzo przypominały greckie i tureckie słodkie specjały.
Słodycze nieco poprawiły nam humor, którego nie było w stanie zepsuć nawet cappuccino z torebki ;-).

 

Ponowne zatopienie się w miejskiej dżungli Durrës sprawiło, że zrezygnowaliśmy z dalszego podboju tego drugiego co do wielkości albańskiego miasta. Uciekliśmy do auta i przemierzając raz jeszcze arterie centrum poszusowaliśmy w dalszą drogę - do Sarandy.

To pierwsze zderzenie z Albanią pozostawiło (na szczęście tylko na parę godzin) bolesny chłód rozczarowania. Nie mamy nawet jednego zdjęcia
z Durrës - tak bardzo nam się nie spodobało...

 

Rada dla Was - jeżeli wybierzecie się kiedyś do Shqiperii - nie rozpoczynajcie przygody z nią od dużych miast północy. Postawcie raczej na nadmorskie miasteczka południa, a zobaczycie, że będziecie zachwyceni :-)

 

Durrës

21 czerwca 2014
Na Tropie Przygody
Polecane

Proudly created with webwavecms.com