NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów
NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów

Venezia

2011

 

Są miejsca, których zachwalać nie trzeba. Jednym z nich jest Wenecja – miasto niemalże baśniowe.

Do Wenecji wyruszamy z Triestu. Wjeżdżamy na autostradę A4. Mamy 160 kilometrów do przejechania (prawie 2 godziny). Jedzie się całkiem dobrze. Na północy Włoch autostrady bywają dosyć zapchane. Na prawym pasie – sznur tirów i autobusów. Dosłownie: sznur! Prawym pasem, nieco szybciej, pędzą osobówki. Tempo dosyć duże – nie ma tu czasu i miejsca na „marudzenie”. Pod koniec drogi jesteśmy już lekko znużeni, ale oto docieramy do Mestre – kontynentalnego zaplecza Wenecji. Skręcamy na południe i po chwili jesteśmy na moście długości około 4km - Ponte della Libertà - łączącym Wenecję ze stałym lądem.

Była połowa września, a tam skwar i korki. No cóż, takie uroki zwiedzania miejsc „wysoce turystycznych”. Tutaj „sezon” trwa przez cały rok. Od stycznia do grudnia Wenecję odwiedza 18 mln turystów, co daje trudno wyobrażalną (biorąc pod uwagę warunki przestrzenne) liczbę 50 tys. odwiedzających dziennie!

W Wenecji znajdują się dwa parkingi samochodowe – Tronchetto i Piazzale Roma. Wybraliśmy Piazzale Roma, jako, że pierwszy ukazał się naszym oczom i o dziwo były w nim jeszcze ostatnie wolne miejsca. Przy wjeździe zostaliśmy skierowani na ostatnie piętro, czyli na dach, z którego przy okazji mogliśmy podziwiać panoramę miasta. Taki parking to wygoda, ale i spory wydatek – całodzienny bilet (innych nie ma) kosztował 26 Euro. Samochód można też zostawić w Mestre, a do Wenecji dojechać pociągiem lub autobusem, ale to już więcej zabawy.

Wypakowaliśmy wszystkie potrzebne sprzęty, w tym spacerówkę dla Maksa (ze względu na żar lejący się z nieba i sporo kilometrów do zrobienia zrezygnowaliśmy z nosidła) i w drogę!

Przekraczając Most Konstytucji przewieszony nad Canal Grande można odnieść wrażenie, że wchodzi się do innego świata. Ożywają lekcje historii i przed oczyma staje potężna i można Republika Wenecka z całym jej bogactwem, przepychem, niebywałą architekturą i sztuką na najwyższym poziomie!

Powoli zagłębiamy się w urokliwe uliczki miasta. Cudownie! Architektura i kolorowe wystawy sklepowe zachwycają. Idziemy od mostu do mostu, zaglądamy w boczne ulice, wchodzimy do sklepików w których można podziwiać i kupić słynne weneckie maski. Sporo turystów, ale tragedii nie ma. Maniek biega i krzyczy radośnie. Atmosfera miejsca – niepowtarzalna.
Po pewnym czasie znajdujemy uliczkę z małymi pizzeriami – można tu kupić wiele gatunków włoskiego specjału „na kawałki”. Wielkie, ociekające, smakowite :-) Wcinamy łakomie ;-)

Ruszamy dalej. Do Piazza San Marco. Kolejne mosty (w niektórych miejscach trzeba namęczyć się z wózkiem dziecięcym), kolejne urokliwe uliczki i coraz więcej sklepików. I oto on: Plac Św. Marka. Mekka turystów. Przepięknie! Widać, że Wenecja była bardzo, bardzo, bardzo bogatym miastem. Dookoła tłumy zwiedzających. I widok na lagunę wenecką, na sąsiednie wysepki. Wszędzie gondole, motorówki i inne jednostki pływające. Atmosfera jedyna w swoim rodzaju.
Tłum kłębiący się przed wejściem do Pałacu Dożów
(Palazzo Ducale) skutecznie odstraszył nas od próby obejrzenia tej gotyckiej perełki.


Odpoczywamy i ruszamy leniwie w drogę powrotną. Idziemy brzegiem w kierunku Canal Grande. Po chwili wchodzimy w jedną z bocznych uliczek. Mijamy ekskluzywne butiki i hotele, do których można tylko dojść lub dopłynąć. To naprawdę wygląda niesamowicie: zamożni turyści wychodzący z luksusowych hoteli i ciągnący za sobą walizki na kółkach po nierównym bruku… Niektórzy wsiadają do gondoli, a niektórzy, aby jeszcze zaczerpnąć weneckiej magii, drepczą w kierunku dworca kolejowego. Po nikogo nie podjedzie luksusowa limuzyna :-) Wygląda to naprawdę fajnie :-)

A my drepczemy dalej, kierując się powoli w stronę parkingu. Po drodze jeszcze lody, które wcinamy siedząc na schodach „studni” na placu San Maurizio. Maksiu załapał się na samego wafelka :-) Maniek wcina coś w kolorze niebieskim, dzięki czemu jego język, a po chwili i koszulka nabierają takich właśnie barw. Wchodzimy do kościoła o tej samej nazwie co plac, a w nim wystawa (
stała) historycznych instrumentów muzycznych – rewelacja, nawet dla małych dzieci. Ruszamy dalej. Po drodze zaglądamy do sklepików z rękodziełem. Można by tu zostawić fortunę…


Po dotarciu do garażu jesteśmy już troszkę sponiewierani. Siedmiogodzinny spacer w słońcu, kamienny bruk uliczek, noszenie wózka z dzieckiem – można się trochę zasapać. Pewnie dzieci zasną w drodze powrotnej. Pakujemy się do samochodu i ruszamy. W tę stronę ruch na autostradzie jest wyraźnie mniejszy. Po dwóch godzinach robimy zakupy w sklepie nieopodal naszej bazy hotelowej. Oczywiście pyszne pieczywo, mortadela, sery, pomidory i oliwki… Będzie uczta. W domu wcinamy wszystkie smakołyki. Dzieci padają wykończone. My siadamy na balkonie i planujemy kolejny dzień.

To był wspaniały spacer podczas którego mogliśmy chłonąć atmosferę tego magicznego miejsca. Żeby naprawdę zwiedzić Wenecję należy tu przyjechać przynajmniej na kilka dni.

Pewnie jeszcze nie raz tu wrócimy, ale na razie musimy poczekać, aż nasze pociechy podrosną na tyle by móc z zainteresowaniem eksplorować skarby tego miasta :-)

 

 

Nasza rada:
Jeżeli planujecie zwiedzać weneckie muzea i architektoniczne atrakcje warto zastanowić się nad zakupem multibiletu "Museum Pass", który umożliwia wejście do wielu interesujących miejsc (w korzystnej cenie). Więcej informacji znajdziecie tutaj: http://palazzoducale.visitmuve.it/en/pianifica-la-tua-visita/tickets/

 


 

Zobacz także:

Komentarze

Wpisz kod
* Pola obowiązkowe
Brak wpisów.

WITAJ!!!

Piszą o nas! A w zasadzie sami piszemy o sobie ;-)  Najnowszy numer Magazynu Miłośników Subaru "Plejady" - strona 32 :-)

 

Zapraszamy do lektury :-)

 


 

Instagram

Poleć tę stronę na:

Najczęściej czytane: