NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów
NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów

Østlandet i Vestlandet

2010

 

O Norwegii wiedzieliśmy niewiele. Drugi (po Islandii) najsłabiej zaludniony kraj europejski (jeśli chodzi o liczbę osób na kilometr kwadratowy), kraina fiordów i gór, wikingów i ropy naftowej, a także jedno z najbogatszych państw świata, którego stolica ma mniej mieszkańców niż Wrocław. No cóż. W zasadzie chyba nasza wiedza nie odbiegała bardzo mocno od wiedzy większości pozostałych polskich mieszczuchów :-) Ale wiedzieliśmy, że jest piękna i że zapada na długo w pamięci u wszystkich, którzy po niej podróżowali.


Zaczęliśmy od kupienia kilku przewodników i albumów typu „najpiękniejsze trasy świata”. Potem dokładne studiowanie internetu, atlasu Marco Polo (ważne! wydawnictwo zaznacza, które drogi są tzw. trasami widokowymi!!!) i naszego TOMTOMa. I po kilku tygodniach już wiedzieliśmy: tak, jedziemy! Trasę wstępnie zaplanowaliśmy tak: ruszamy z Wrocławia i przez Berlin, cały czas lądem (i mostami), docieramy do Kopenhagi. Potem lekko na północ i promem przedostajemy się do Szwecji, skąd przez Drammen i Haugesund jedziemy do Stavanger. Dalej przedzieramy się do Bergen. Stąd przez góry do Oslo, potem Malmö w Szwecji i wracamy do domu. Plan właściwie prosty. Tylko, że trasa daleka, a my mamy tylko 16 dni wolnego do dyspozycji. Do tego na pokładzie małe dziecko (Maniek miał wtedy dwa i pół roku, Maksia jeszcze z nami nie było). I zero doświadczenia w dalekich wyprawach samochodowych – to miała być pierwsza taka wycieczka w naszym rodzinnym życiu :-)

 

Nadszedł dzień wyjazdu. Samochód zapakowany, a właściwie uszczelniony naszymi rzeczami. Jechaliśmy na wyprawę tylko z jednym dzieckiem, więc drugie miejsce dla pasażera na tylnej kanapie posłużyło jako „bagażnik”. 
Pierwszego dnia postawiliśmy sobie ambitne zadanie dojechania lądem (i mostami) do Kopenhagi. Google i nawigacja pokazały nam, że mamy do przejechania 1100 km (ponad 10 godzin czystej jazdy). Jedziemy. Z Wrocławia do granicy z Niemcami mamy na szczęście dobrą autostradę. Potem na Berlin. Jest sobota, a ruch na autostradzie jakby zdawał się maleć… o co chodzi? Nawet przez Berlin przejechaliśmy bez problemów. Jedziemy dalej, a tu na mostach i drogach flagi niemieckie… No tak! Dzisiaj reprezentacja Niemiec w piłce nożnej gra mecz z… mniejsza o to, z kim. Ale dzięki temu ruch na drogach jest minimalny. Super! Docieramy do Danii przed zaplanowanym czasem :-)

Duńskie autostrady całkiem przyjemne. Choć wydają się „mniej wypasione” od tych niemieckich. Zaraz po przejechaniu granicy samochody, które mijamy – z luksusowych niemieckich bryk - zmieniły się w jakieś takie starsze, choć bardzo dobrze utrzymane. Widać początek skandynawskiej gospodarności.
Docieramy do mostu nad Wielkim Bełtem, między Nyborgiem a Korsorem, łączący wyspy Zelandia i Fionia. Robi wrażenie! Prawie 17 kilometrów betonu wiszącego nad wodą. Maciek ma lekki lęk przestrzeni, więc (to on prowadzi) trzyma się kurczowo kierownicy, podczas gdy Gabi z zachwytem wykrzykuje: „Patrz jak pięknie! Patrz jak wysoko!” :-)
Do Kopenhagi dojeżdżamy przed północą. Wymęczeni, ale szczęśliwi. Za nami bardzo długa, ale piękna trasa. Przed nami, jutro, zwiedzanie największego miasta Królestwa Danii. Więcej o naszych przygodach w rowerowej stolicy możecie poczytać w zakładce Podróże/Dania. Zapraszamy!

Po dniu "odpoczynku" w Kopenhadze ruszamy do Drammen (najpierw przez duński Helsingor, a potem Helsingborg w Szwecji). Przed nami około 500 km. Jedzie się coraz wolniej, ale i widoki coraz ciekawsze. Opuszczając terytorium Szwecji nasze głowy coraz bardziej zaczynają kręcić się wokół. Pięknie. Coraz piękniej. Do Drammen docieramy przed wieczorem. Zatrzymujemy się w Comfort Hotel Union Brygge nad samym brzegiem rzeki Drammenselva. Hotel jest super. Pokoje raczej niewielkie, ale bardzo czyste i nowocześnie urządzone. Idealne na jedną noc. Do tego bardzo ciekawe architektonicznie sąsiedztwo (przenikające się budynki historyczne i nowoczesne) i most nad rzeką, który od razu przypada do gustu Mańkowi w czasie naszego wieczornego spaceru.

Kolejnego dnia mamy do pokonania „tylko” 400 km drogą E134 do Haugesund. Hmm, nawigacja pokazuje, że przed nami… 7 godzin czystej jazdy. Ukształtowanie terenu w Norwegii nie pozwala na budowanie tam czteropasmówek. Na dodatek te tunele wydrążone w skałach – czasami po wjechaniu do tunelu jechaliśmy np. 3 km „w dół” by potem jechać 4 km „do góry”. Kilkukrotnie też jechaliśmy takimi odcinkami drogi, na których brakowało miejsca na dwa pasy ruchu, a na skałach widać było wyraźnie resztki lakieru pozostawionego przez przeciskające się tamtędy TIRy :-)

Przed wieczorem docieramy do Radisson Blu Hotel w Haugesund (za kilka dni zaczyna się generalny remont, więc ceny są baaardzo promocyjne). Obowiązkowo jedziemy do centrum na krótki spacer i kolację. Potem już tylko poduszka. Następnego dnia mamy dotrzeć do naszego pierwszego celu…

Stavanger

Około południa docieramy do St. Svithun Hotel. Choć hotel połączony jest ze szpitalem w Stavanger, to jest to doskonała baza wypadowa i świetna opcja dla turystów – dobra cena i smaczne śniadania w formie bufetu szwedzkiego. Jest naprawdę komfortowo i sympatycznie, a do ścisłego centrum Stavanger idzie się nie więcej niż 15 minut (z małym dzieckiem – za rękę – pół godziny…).

 

Po rozpakowaniu się w hotelu idziemy do miasta. Mijamy urocze, „stare”, białe, norweskie domki. Wpadamy do kawiarnio-piekarni. "Słodkie" bułki – pycha (Maniek staje się powoli koneserem), kawa – no cóż, da się wypić. Oglądamy port i przystań, z której odchodzą statki wycieczkowe i na koniec udajemy się do informacji turystycznej.

 

Stavanger to jedno ze światowych centrów przemysłu naftowego. Swoją siedzibę główną ma tu np. Statoil. W Stavanger produkuje się też konserwy rybne, a tutejsza katedra jest najstarszą w Norwegii. Proponujemy zajrzeć do Muzeum Ropy Naftowej - raj dla dzieci! Maniek był w siódmym niebie! Można nawet wejść do batyskafu czy wieży kontrolnej na platformie wiertniczej…
Możecie też wybrać się do muzeum konserw :-)

Sam spacer uliczkami starego miasta w Stavanger jest również niezłą gratką. Miasto jest przepiękne, bardzo "norweskie" :-) A w zasadzie morsko-norweskie z typową drewnianą (białą) niską zabudową.  Jak na standardy europejskie jest raczej ciche i spokojne. Urocze!

Obowiązkiem jest wycieczka statkiem do Lysefiordu. Rejs trwa około 4 godzin - widoki bajeczne, a kulminacyjnym punktem programu jest spróbowanie wody z jednego z wodospadów. Niektóre ściany fiordu mają nawet kilometr wysokości. To robi wrażenie! Wystarczy wspomnieć, że nad czterdziestodwu-kilometrowym (po każdej stronie!), malowniczym brzegiem fiordu udało się założyć tylko jedno małe miasteczko i jedną wioskę – ze względu na ukształtowanie terenu pozostałe obszary są niemal niezamieszkałe.

Możecie też wybrać się na wycieczkę i wspiąć na klif Prekestolen (zobaczcie liczne zdjęcia w internecie – zrozumiecie dlaczego warto…). Nam się nie udało, chociaż byliśmy bardzo na to nastawieni...

 

 

Smaczna kawa i przepyszne rosinboller w Godt Brød (Stavanger, Bergen, Oslo) :-)

 

 

 

 

Zobacz również:

Komentarze

Wpisz kod
* Pola obowiązkowe
Brak wpisów.

WITAJ!!!

Piszą o nas! A w zasadzie sami piszemy o sobie ;-)  Najnowszy numer Magazynu Miłośników Subaru "Plejady" - strona 32 :-)

 

Zapraszamy do lektury :-)

 


 

Instagram

Poleć tę stronę na:

Najczęściej czytane: