NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów
NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów

Stari Bar i okolice

2014

Stari Bar to miasteczko, którego główną część stanowią ruiny średniowiecznego, kamiennego miasta położonego u podnóży góry Rumija. Zapoczątkowali je Rzymianie zakładając w X wieku osadę o nazwie Antibarum (dokładnie po drugiej stronie Adriatyku leżało rzymskie miasto Bari i stąd też nazwa - Antibarum). Przez kilka kolejnych wieków Stari Bar przechodził z rąk do rąk. W końcu, w 1878 roku, został zniszczony pociskami artyleryjskimi przez Czarnogórców walczących z tureckim okupantem. Ludność przeniosła się na wybrzeże, gdzie powstał (współczesny) Bar. A Stari Bar popadał w dalszą ruinę. Wielkie trzęsienie ziemi z 1979 roku dokończyło dzieła zniszczenia tej magicznej, średniowiecznej osady.

 

Do Starego Baru dotarliśmy jadąc przez (nowy) Bar, który ani trochę nie przypadł nam do gustu. Jakoś dziwnie przypominał Podgoricę - bloki, bloki, bloki i... wyróżniająca się na tle reszty cerkiew (częściowo w budowie).

Droga do tego zabytkowego miasta kończy się parkingiem, który trudno przeoczyć – pełno tu autokarów i turystów robiących zdjęcia widocznym z daleka ruinom z charakterystyczną wieżą zegarową (sahat kula). Oczywiście w trzy sekundy po zaparkowaniu samochodu pojawił się człowiek pobierający opłatę za parkowanie… Konia z rzędem temu, kto zgadnie, czy faktycznie za parkowanie w tym miejscu należy płacić. A jeśli nawet, to komu… Ale panowie parkingowi byli bardzo uprzejmi – więc zapłaciliśmy ;-)

Zabieramy plecaki i wodę, i ruszamy pod górkę uliczkami współczesnego podgrodzia, w stronę bramy wejściowej do kompleksu Stari Bar. Po obu stronach ulicy mijamy maleńkie sklepiki z „pamiątkami” oraz różne restauracje. Nie wszystkie wyglądają zachęcająco, nie możemy jednak wykluczyć, że serwowane tam potrawy mogłyby być całkiem smaczne.

Aha! W co-którejś knajpce możecie zostać zaczepieni „po polsku”. Autochtoni świetnie opanowali sztukę udawania, że znają język przechodzących turystów. Oczywiście są w stanie powiedzieć tylko kilka słów w stylu „Kali głodny krowa” :-) ale absolutnie nie dowiecie się niczego więcej – np. z czego jest przygotowana jakaś potrawa. Angielski nie jest tu też zbyt rozpowszechniony. Najlepiej korzystać z języka anglo-niemiecko-rosyjskiego z lekką domieszką migowego oraz dodatkiem „malowideł naserwetkowych” ;-)


Docieramy do starego miasta. Bilety kupione. Pan w kasie znudzony, ale uprzejmy. Ruszamy. Zanim jednak zaczniemy zwiedzanie postanawiamy odwiedzić... toaletę (już na terenie kompleksu). No cóż, najwyraźniej toaleta też jest elementem średniowiecznych ruin – ulokowana na końcu długiego, wilgotnego i ciemnego korytarza w pomieszczeniu bez okna i bez prądu… Ciemno, że oko wykol. Na szczęście chłopaki mieli w swoich plecakach latarki-czołówki (zabrane z myślą o zwiedzaniu jaskiń). W tej „pieczarze” sprawdziły się doskonale – bez nich nie mielibyśmy  żadnych szans. Zwłaszcza Gabi… ;-)
Widzicie, jak dobrze mieć przy sobie różne „dziwne” sprzęty?


Pierwsza przygoda za nami. Idziemy dalej, powoli i ostrożnie, bo deszcz, który kropił chwilę wcześniej zmienił kamienne chodniki w bardzo śliskie podejścia. Zatrzymujemy się przy małej kapliczce -  chłopaki muszą koniecznie zapalić długie, cienkie świeczki stojące w specjalnym „świeczniku”.

Docieramy na górę, gdzie rozciąga się spory kawałek w miarę płaskiego terenu, a na nim ruiny kościołów, domów, murów miejskich oraz innych budowli. Nie wyznaczono żadnej ścieżki zwiedzania (tzn. co kilkanaście kroków wiszą jakieś strzałki, zdają się one jednak mieć charakter całkowicie swobodny…), nie wszystkie zabytki zostały oznaczone, co dodatkowo przydaje temu miejscu dzikości, tajemniczości i magii. Klimat jest naprawdę niesamowity – przez chwilę można poczuć się jak w jakimś zaginionym królestwie, a wszystko to w otoczeniu majestatycznych gór. Coś wspaniałego! Widoki na nowy Bar leżący w dole też są całkiem przyjemne :-)

Co ważne: należy uważać na to, co broją dzieci! Sprawa bezpieczeństwa turystów w tym miejscu jest traktowana raczej drugorzędnie, nietrudno więc skręcić nogę w jakiejś nieoznakowanej dziurze. Ale i tak jest fajnie!

Chłopaki są zachwyceni! Maniek odmawia opuszczenia ruin, chociaż spacerujemy już dobre półtorej godziny. Po kolejnych 20 minutach spędzonych tutaj udaje nam się namówić go do wyjścia. Jeszcze kilka kroków przez zakrzaczone ścieżki i opuszczamy mury fortecy. Niespiesznie udajemy się do auta ponownie mijając tutejsze “restauracje”.

Dzień jeszcze młody. Postanawiamy więc przyjrzeć się z bliska Monastyrowi Reževići - jednemu z czterech monastyrów w tej okolicy polecanych przez przewodnik Pascala. Jest to zespół klasztorny, który składa się z dwóch cerkwi: Wniebowstąpienia Bogurodzicy Maryi (mniejszy) i Trójcy Świętej (większy) z dzwonnicą. Wow! Naprawdę są ładne. W środku znajdziecie fragmenty fresków z początku XVII wieku, ale i te "współczesne". Przed wejściem do budynków znajduje się przyjemny, niewielki dziedziniec, na którym wygrzewają się klasztorne koty (obserwowanie tych zwierzaków w Czarnogórze, gdzie nikt im nie robi krzywdy, daje sporo frajdy). Na tym samym dziedzińcu – w bocznej części - stoi miniaturowy sklepik z pamiątkami prowadzony przez mnichów. Wydaliśmy w nim całe 1 Euro, bo chłopaki nie chcieli wyjść bez „ładnych obrazków” (pierwsza pamiątka z podróży po Bałkanach) ;-)

Wszyscy już mocno zgłodnieliśmy. Jedziemy więc na późny obiad (lub wczesną kolację) do pobliskiego Petrovaca (Petrovac na Moru).


P e t r o v a c   n a   M o r u

Podobno to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc na wybrzeżu Czarnogórskim (szczególnie przez rodziny z dziećmi, albo przez same matki z dziećmi – zwłaszcza te, które są żonami rosyjskich biznesmenów). I rzeczywiście tutaj jakby było ich więcej. Właściwie to wcale nie dziwi, bo w Petrovacu jest wszystko, o czym zamarzyć może turysta (szczególnie taki dzieciaty): zadbane nabrzeże z ładną, piaszczysta plażą, przyjemny i czysty deptak spacerowy (w czasie naszego pobytu właśnie wymieniano WSZYSTKIE płyty chodnikowe – przed sezonem turystycznym), dobre restauracje (wracaliśmy tu kilkukrotnie  – jedzenie pierwsza klasa!) i piękne widoki. Jeśli chodzi o plażę, to jej piasek ma wyjątkowy czerwonawy kolor – coś niesamowitego!
Na krańcu zatoki na przepięknym klifie stoi twierdza wenecka – chociaż wcale tego nie widać! Naprawdę bez wcześniejszej informacji nigdy byśmy na to nie wpadli. Obecnie mieści się tam elegancki bar i taras widokowy :-)

Petrovac jest idealnym miejscem na późno-popołudniowy lub wieczorny wypoczynek. A jeżeli lubicie plażować to też będziecie zadowoleni :-) Nam najbardziej przypadł do gustu scenariusz wieczornego desantu po dniach wypełnionych zwiedzaniem okolicy. Pyszne lokalne jedzenie w tutejszych restauracjach (w tym robione na miejscu wędliny oraz przywożone ze wsi pachnące warzywa i owoce), na deser lody w wafelku i spacer po deptaku. Idealnie! Raczej nie będziecie zawiedzeni :-)

 

 

Zobacz także:

Komentarze

Wpisz kod
* Pola obowiązkowe
Brak wpisów.

WITAJ!!!

Piszą o nas! A w zasadzie sami piszemy o sobie ;-)  Najnowszy numer Magazynu Miłośników Subaru "Plejady" - strona 32 :-)

 

Zapraszamy do lektury :-)

 


 

Instagram

Poleć tę stronę na:

Najczęściej czytane: