NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów
NA TROPIE PRZYGODY - rodzinne podróże Mieszczuchów

Bihać

2014

Bihać to 100 tysięczne miasto w Bośni (wcale nie takie małe skoro stolica kraju – Sarajewo – liczy lekko ponad 300 tysięcy mieszkańców), w którym znajduje się nawet uniwersytet. Internet podpowiada nam, że Bihać to ośrodek turystyczny. No cóż, po wizycie w tym mieście wydaje nam się, że określenie „ośrodek turystyczny” (Wikipedia) to wielkie nadużycie. Miasto nie jest specjalnie ładne, chociaż malowniczo położone nad piękną rzeką Una, która przepływa przez sam jego środek.

Zdjęcie: www.visitmycountry.net

Wizyta w Bihaću jest  nieco „przypadkowa”. Jesteśmy w okolicy chorwackich Jezior Plitvickich, które będziemy podziwiać następnego dnia. Jest wczesne popołudnie, które chcemy jakoś ciekawie zagospodarować. Postanawiamy więc zobaczyć co słychać u bośniackich sąsiadów. Z miejsca naszego zakwaterowania do najbliższego miasteczka (Bihać) jest raptem 40 km. Grzechem byłoby nie skorzystać z tej bliskości. Jedziemy! Przekraczamy nieduże, ale całkiem ruchliwe, przejście graniczne Ličko Petrovo Selo . Po drodze (bardzo malowniczej) mijamy pięć niewielkich wiosek, w samym centrum których, w najwyżej położonych miejscach posadowione są meczety. Wow! Na kimś, na co dzień zatopionym w cywilizacji zachodu, robi to niesamowite wrażenie. Bośnia i Hercegowina to kraj po części muzułmański, a po części chrześcijański (dominuje prawosławie), ale akurat ten skrawek kraju, który odwiedziliśmy jest zdecydowanie muzułmański (97% mieszkańców Bihaća deklaruje tę właśnie przynależność wyznaniową).

Podróż, włącznie z odczekaniem kolejki na granicy, trwała około godziny. W związku z tym, że Bośni i Hercegowiny nie było w planach, nie mieliśmy przy sobie żadnej mapy, przewodnika, lokalnej waluty, itp. Zdaliśmy się zatem na naszego gjepeesowego mądralę, który, o dziwo, zaprowadził nas prosto do centrum (do tego właściwego centrum ;-)). Nie mieliśmy żadnego problemu ze znalezieniem parkingu, wolnych miejsc też całkiem sporo. Problem pojawił się kiedy przyszło zapłacić za postój – tam też są parkometry i też wrzuca się do nich monety, oczywiście tylko w bośniackiej konwertybilnej marce (KM). Wymiany walut dokonuje się wyłącznie w bankach - te natomiast zamknęły swoje podwoje o ...15:00, a bankomatu ani widu ani słychu. Na szczęście kawałek dalej, kilku chłopców w wieku szkolnym grało w piłkę na ulicy. Dokonaliśmy wyjątkowo "opłacalnej" transakcji – za  dwu-eurową monetę otrzymaliśmy dwie bośniackie marki w bilonie. Przepłaciliśmy dwukrotnie, ale w końcu na tym polega biznes – my byliśmy w potrzebie, a oni mogli tę potrzebę zaspokoić.

Zabraliśmy nasze manatki i ruszyliśmy podziwiać miasto. Stanęliśmy na głównym placu akurat w momencie, kiedy rozpoczynało się wezwanie do modlitwy (czyli Azan lub Adhan). Jeżeli kiedykolwiek słyszeliście muezina, który z minaretu śpiewnie „informuje” wiernych, że nadszedł czas modłów, to wiecie, o czym mówimy. Jeżeli nie - możecie posłuchać tego tutaj:  http://www.youtube.com/watch?v=HsqQgs6Hcm0
To było niesamowite doznanie – poczuliśmy bardzo orientalny klimat, prawie jakbyśmy byli w Marrakeszu. Chłopakom bardzo podobał się ten śpiew – stali zasłuchani z otwartymi buziami (podobno pomaga to lepiej słyszeć ;-))

Oczarowani podążyliśmy w kierunku, z którego docierał Azan i stanęliśmy przed meczetem – bardzo dziwnym meczetem. W zasadzie to wyglądał, jak kościół z minaretem – ot, taka mieszanka. I w rzeczy samej, tak właśnie było. Džamija Fethija (Meczet Zwycięstwa) - meczetem jest od 16 wieku, wcześniej (od 1266 r.) był kościołem Św. Antoniego. Niestety nie udało nam się wejść do środka, ponieważ świątynia była zamknięta. Trudno.

Trochę zawiedzeni udaliśmy się na spacer po centrum, na które składał się krótki deptak, niewielki plac (główny plac, z fontanną) i kilka pomniejszych ulic. W okolicy znaleźliśmy jeszcze parę zabytkowych obiektów, np. Kapetanova kula (Wieża Kapitana), ale nie powaliły nas one na kolana. Chłopaków zatrzymały na dłużej pozostałości (czyli dzwonnica) XIX-wiecznego kościoła Św. Antoniego, które straszyły pustymi okiennicami.

Centrum miasta sprawiało wrażenie niemrawego, nieco smutnego miejsca - takiego, do jakiego raczej nie chce się wracać. To jednak nasza subiektywna ocena, natomiast całkiem już obiektywnie - Bihać NIE JEST ośrodkiem turystycznym!

 

Po spacerze postanowiliśmy coś zjeść. Usiedliśmy w ogródku jednej z restauracji na głównym deptaku. Chłopaki oczywiście wcinali pizzę :-)

Rachunek nie był wysoki – za obiad/kolację dla czterech osób z napojami zapłaciliśmy około 10 Euro. W Bośni i Hercegowinie w niektórych kawiarniach i restauracjach można rozliczać się w Euro – w naszej nie było z tym problemu.

 

Pomimo średnio ciekawego wrażenia jakie zrobił na nas Bihać, popołudnie i wieczór spędzone tam zaliczyliśmy do zdecydowanie udanych :-)

 

 

Komentarze

Wpisz kod
* Pola obowiązkowe
Brak wpisów.

WITAJ!!!

Piszą o nas! A w zasadzie sami piszemy o sobie ;-)  Najnowszy numer Magazynu Miłośników Subaru "Plejady" - strona 32 :-)

 

Zapraszamy do lektury :-)

 


 

Instagram

Poleć tę stronę na:

Najczęściej czytane: